Rekord

Od kilku lat/miesięcy/tygodni kibicuję przetrzymywaniu śmieci przez NUSa (Naszego Uroczego Sąsiada).

Łopata do śniegu stoi już drugi rok (te zmiany pogody są tak nieprzewidywalne), zaprawa gipsowa i płyta karton-gips towarzyszy nam od kilku miesięcy (wszak nigdy nie wiadomo, kiedy po przypływie dobrych emocji będzie trzeba załatać jakąś dziurę w ścianie), natomiast butelki są z nami najkrócej (dopiero kończą trzeci tydzień pobytu na klatce schodowej).

Ten dreszczyk emocji związany z pytaniem, ile jeszcze postoją.

W trakcie ostatniego zebrania wspólnoty okłałam nas Pan wszystkich, Panie Sąsiedzie, ponieważ nieprawdą jest, jakoby otrzymał Pan darmo tylko dwie rzeczy w swoim życiu: wykształcenie i dobre wychowanie. Oj nieładnie być takim kłamczuszkiem…

Lynch (bynajmniej nie David)

Wczoraj miałam wątpliwą przyjemność uczestniczyć w zebraniu wspólnoty tej kamienicy (to naprawdę mnie poruszyło, jeśli zajrzałam na bloga i podejmuję próbę kolejnej reaktywacji). Była okazja powalczyć o trochę pieniedzy z funduszy UE, ale nasi sąsiedzi woleli zgotować pomysłodawczyni zmieszanie z błotem, zamiast w spokoju wysłuchać informacji na temat takich możliwości.

Bardzo Państwu dziękuję. Pomogliście mi Państwo podjąć decyzję o tym, że zrobię wszystko, aby się stąd wyprowadzić. Może nie nastąpi to jutro, ale wystarczająco wcześnie, aby nie obserwować, jak ta przepiękna 90-letnia kamienica popada w ruinę.

PS. I jeszcze tylko jedno małe pytanie, które siedzi w mojej głowie od wczoraj: jak stać was będzie na zapłacenie 100%, jesli nie stać nas (juz niedługo) na 60%?

Nagie okna

To dobrze, że sąsiedzi mieszkający po przeciwnej stronie podwórka-studni czasami zdejmują firanki. Dzięki temu wiemy, jak wyglądałby nasz sufit, gdyby nie dorwał się do niego niszczyciel sztukaterii…

Dobrze, że ocalały chociaż stare drzwi.

Podanie w sprawie reaktywacji

Ja niżej podpisana, mieszkanka uroczego lokalu w jednej z kamienic znajdującej się w centrum dużego polskiego miasta, zwracam się do Ciebie, mojej  współmieszkanki tegoż samego uroczego lokalu w jednej z kamienic znajdującej się w centrum dużego polskiego miasta, z prośbą – delikatną, acz dość konkretną – o reaktywację naszego bloga, który od ponad pół roku znajduje się w fazie agonalnej.

Kochanie, sprawdziłam dziś w kalendarzu, że od naszego zamieszkania tutaj minął rok i jeden dzień. W tym czasie zdarzyło się kilka miłych i kilka niemiłych historii. Może nie chodzi o to, żebyśmy je wszystkie opisywały czerpiąc z zasobów naszej pamięci, ale spróbujmy na bieżąco, od czasu do czasu, nawet z rzadka* zaglądać tu i coś pisać. Muszę przyznać, iż z dużą przyjemnością przeczytałam nasze ubiegło roczne wpisy.

Mam nadzieję, że mój wpis stanie się doskonałym bodźcem do tego typu „literackiej” aktywności.

*Niepotrzebne skreślić.

Wygrałam konkurs

Ogłosiłam, wzięłam udział i wygrałam konkurs na najładniejszy balkon w kamienicy. Zasadziłyśmy pelargonie, niecierpki i coś jeszcze, czego nazwy nie pamiętam. Może wszystko nie jest za zbytnio spójne kolorystycznie, ale przecież nie o to chodziło. Muszę wszak wypróbować, co na balkonie urośnie, a co się kompletnie nie nadaje. Poza tym w trakcie kupowania roślin kilka razy zmieniałam zdanie, ale co ja mogę, wszak mamy tylko pięć doniczek i dwie skrzynki. Skrzydeł w żaden sposób nie da się rozwinąć, bo na balkonie ma jeszcze stanąć mały stolik i dwa krzesła. Będziemy miały wtedy dobre patrzenie na nasze „studniane” podwórko w kamienicy.

Zamierzam również zaopiekować się zaniedbanym kawałkiem ogródka, w którym jak na razie rosną trzy smętne klony, dwie tuje i mnóstwo chwastów. Czekam tylko na pomoc bardziej kompetentnej osoby.

A w przyszłym roku znów będę organizatorką i główną laureatką tego balkonowego konkursu. Może wtedy ktoś do mnie dołączy.

Biegnąc po tekst

Zainspirowana lekturą książki „O czym myślę, kiedy myślę o bieganiu”, kupiłam buty do biegania – ku swojemu zdziwieniu, bez specjalnego szukania, znalazłam japońską markę, którą zachwalał Murakami, więc nawet nie patrzyłam na inne modele, tylko od razu zdecydowałam się na firmę „literacką”. Dzisiejszy słoneczny poranek spędziłam więc w nieodległym parku, trochę biegając, trochę maszerując i słuchając ogłuszającego o tej porze rechotu żab. Zgodnie z magicznym myśleniem, którego nabawiłam się podczas lektury książki „O czym myślę…”, poranna przebieżka zaowocowała kilkoma stronami nowego tekstu. Zresztą, może nie jest to wcale myślenie magiczne? Bo chyba rzeczywiście, i w bieganiu i w pisaniu, chodzi o samodyscyplinę. A ponieważ w naszym nowym domu wszystko się udaje, to też się uda.

Upiorna fraza

Kiedy zaczynałyśmy tu mieszkać, co jakiś dobiegały nas stłumione dźwięki, które początkowo brałyśmy za grę na pianinie.  Jako świeżo uformowane miłośniczki muzyki klasycznej powitałyśmy te dźwięki z wielkim entuzjazmem. Ach, nasza kamienica jest jeszcze bardziej urokliwa niż sądziłyśmy!

Po paru dniach zorientowałyśmy się, że słyszymy wciąż ten sam utwór.  Z nadejściem wiosny częściej otwierałyśmy okna i balkon. To samo robił nasz instrumentalista. Dzięki temu zorientowałyśmy się, że nie są to dźwięki pianina, tylko keyboardu nastawionego na funkcję „piano”. Usłyszałyśmy też, że to, co brałyśmy za jeden utwór, zwykle ogranicza się do jednej frazy, uparcie powtarzanej i uparcie kończonej po paru taktach.

Może komponuje? – zastanawiałyśmy się przez parę dni po tym odkryciu.  I dlatego robi te przerwy. Takie na zapisanie nuty. Niestety po paru tygodniach trudno już było się oszukiwać.  Nasz sąsiad opanowuje dopiero klawiaturę i cały czas próbuje nauczyć się jednego utworu. A właściwie kilku taktów, przez które nie może przejść, bo w tym samym miejscu niemal zawsze uderza w nieodpowiedni klawisz, albo dociera do niego za późno, albo rozmija się akordem. Ten opór materii muzycznej w połączeniu z wytrwałością sąsiada  z każdym tygodniem robi się coraz bardziej irytujący, zwłaszcza że sąsiad grywa o rożnych porach – i w ciągu dnia, i o 23.00. Na naszym super akustycznym podwórku, szczególnie przy otwartych oknach, nie sposób więc uciec od tej upiornej frazy.

Gdyby nie to, że słyszymy ten motyw obie, już bym się zastanawiała, czy to nie mój mózg płata mi figle – takie, o których czytałam w książce „Muzykofilia. Opowieści o muzyce i mózgu” Sacksa.  Bo chyba nie jest możliwe, żebyśmy obie miały te same halucynacje muzyczne?